Orla Perć w jeden dzień na czwartą rocznicę Ślubu

16 lipca 2019
Orla Perć w jeden dzień na czwartą rocznicę Ślubu

Pomysł

Koncepcja o wybyciu w Tatry przyświeciła mi kilka dni wcześniej kiedy to Basia stwierdziła, że chce pojechać w Tatry i może na Orlą Perć. To jej „może” znaczy dla mnie zawsze jedno: chcę ogromnie bardzo i jestem gotowa mimo, że się boję. Kobiety trudno zrozumieć więc lepiej się nie zagłębiać, a mój prymitywny umysł musi sprawy sobie jakoś ułożyć. Delikatnie, ale stanowczo postanowiłem działać w tym temacie.

Najważniejszą i najbardziej problematyczną kwestią było uprządkowanie, a dobitniej pozbycie się na ten dzień naszych kochanym dzieci, największych Szczęść jakie posiadamy. Zagadałem nieśmiało więc do mojej Mamy, czy opcja zostawienia jej dwójki na cały dzień będzie w stanie ogarnąć psychicznie. Przebywanie z Jasiem i Stasiem to jak dzień w pracy, jednak nie przez 8 godzin, a praktycznie od wstania do wieczornego zaśnięcia. Babusia zgodziła się i już wiedziałem, że teraz w planowaniu będzie z górki. Brałem pod uwagę różne opcje. Czy jechać  w jeden dzień wcześnie rano, czy jednak dzień wcześniej z noclegiem i porannym startem. Ze względu na czas pracy do 18 dnia poprzedzającego wyjazd doszedłem do wniosku, że dla mnie jako kierowcy nie głupim rozwiązaniem będzie położenie się do spania około 19:30 i pobudka o 2 w nocy. Łapiąc około 6 godzin snu można już jako tako funkcjonować. Taki koncept przyjęliśmy i tak postanowiliśmy nasz plan zrealizować. Pomijam ciągłe wahania i pytania Basi w stylu: „Dawno nie byłam w wysokich górach, nie wiem jak sobie poradzę”, „Boję, że nie dam rady w eksponowanym terenie”, „Dawno nie chodziłam, mam słabą kondycję”. Na wszystko mówiłem „Tak, Bara. Jedziemy, zobaczymy na miejscu”.

Dzień wcześniej

Sklep ogarnąłem punktualnie kilka minut po 18 i od razu podążyłem w kierunku domu. Jaś już wcześniej wylądował u Babusi, jak się okazało był prawie cały dzień. Nasz złota Babcia wzięła małego Huncwota na całe 2 dni! Zajechałem do domu, spakowałem Stacha do samochodu z cały przybornikiem i wywiozłem gościa do Babusi. Dochodziła godzina spania, więc pomogłem dokarmić Jaśka i przekonać go do snu w łóżku, a nie w łóżeczku – tam było miejsca dla małego, ruchliwego Stasia. Po ogarnięciu młodych podziękowałem Mamie (nie mam pojęcia jak jej za to wszystko się odwdzięczyć – dajcie propozycję) i pojechałem do domu. Tam prawie wszystko było już przez Basię przygotowane. Wrzuciłem ciuchy do torby, dopakowałem swoje manele, zalaliśmy wodą wszystkie butelki i zapakowaliśmy plecaki. Mimo dobrego tempa w łóżku wylądowałem dopiero około 21 (jak zawsze, totalne opóźnienie). Łóżkowe rozmyślania dały mi świadomość, by wyjechać jeszcze wcześniej i dokonać ewentualnej drzemki na trasie. Przełożyliśmy porę pobudki z 2:00 na 30 minut po północy. Odleciałem relatywnie szybko, bardziej męczyła się Basia, która nie spała całą noc i próbowała nawet z lampką wina – to też nie pomogło. Dziwne podniecenie się jej trzymało w związku z niełatwą wycieczką.

Pobudka

Budzik głośno zawył punktualnie. Otępienie w moim mózgu nie miało granic, czułem się przybity głową do ściany (a od strony ściany śpię) i miałem ucisk we łbie  wszechogarniający. Oczy nie chciały się otworzyć. Obudziłem się ewidentnie w fazie snu głębokiego, z którego wyrwać się to była walka na froncie. Basia wstała szybciej, ja musiałem 15 minut zdzierać się z łóżka przy pomocy krzyków mojej Żony. Poszło! Wypiłem 4 szklanki wody, umyłem twarz litrami zimnej wody i spłukałem głowę. Trochę ruszyło, nastąpiło pobudzenie, ale z przebudzeniem mocy było o wiele za wcześnie. Miałem destrukcyjne myśli, ale jakby to mały Jaś powiedział: „Skoro powiedziałeś A, zrób GIEEE” 😀 Skoro tak mózg zaczął grać z ciałem powoli dochodziła do mnie świadomość egzystencji. Dopakowałem co trzeba do torby, zarzuciłem ubrania „do jazdy samochodem” i wybyliśmy na ciepły, ale rześki jeszcze nie poranek – środek nocy. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do mojej Mamy po 2 pary rękawiczek rowerowych (na łańcuchy) i w drogę!

Trasa samochodem

Minęła szybko i co najważniejsze bez walki! Po drodze pierwszy postój na kawę, drugi na siku i trzeci na romantyczne śniadanie w podzakopiańskiej stacji benzynowej. Uraczyły nas ciepłe bułki przegryzione surówką z marketu, a na deser przepyszne suszone owoce przegryzane bananem z dodatkiem orzechów z mieszanki studenckiej. Warto było tyle kilometrów nocą jechać, by dla samego śniadania z Moją Ukochaną Żoną spędzić te słodkie chwile 😊 Dalej nasza trasa powiodła w kierunku ronda kuźnickiego, gdzie postanęliśmy na jednym z płatnych parkingów.

No to w drogę!

Szybki przepak i dopak plecaka, zmiana ciuszków na trekkingowe, oddychające, najlepsze i jedynych słusznych marek i już byliśmy gotowi do drogi. Punkt 6:00 wybiła na zegarkach i w telefonach co stanowiło o naszym wybyciu w góry. Chmury wisiały, ale wg zapowiedzi miało się wypogodzić. Na rozgrzewkę asfaltowy odcinek do ulicy Przewodników Tatrzańskich, gdzie po 1,5 kilometrowym odcinku znaleźliśmy się na granicy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Tutaj każdy wybierał dokąd chce iść: czy do Murowańca dwoma szlakami, a może Halę Kondratową, Nosal lub Kasprowy Wierch. Po bandzie jadąc koleją linową na tenże szczyt. Naszą trasą stał się niebieski szlak przez Boczań do Doliny Gąsienicowej. Po drodze wyprzedziło nas kilu biegaczy, my z kolei wolnym, ale konkretnym krokiem łykaliśmy trekkersów, którzy podobnie jak my rozgrzewali się w promykach leniwie prześwitującego znad lasu słońca. Łapiąc oddech i wyrównując rytm serducha zdobywaliśmy kolejne kilometry by w końcu wyjść z lasu i zobaczyć piękno otaczającej nas przyrody wraz z górami. Wszak kto nie lubi konsumować o poranku widoku na Giewont, Kasprowy, czy Beskidy z Turbaczem i Babią Górą na czele. Na trasie było jeszcze pusto, tym bardziej ochoczo maszerowaliśmy przed siebie. Do schroniska doszliśmy szybko, wewnątrz zainteresowała nas tylko toaleta. Po spełnieniu porannych potrzeb dalej podążyliśmy niebieskim szlakiem nad Czarny Staw Gąsienicowy by rozpocząć wspinaczkę na Zawrat. Po drodze spotkaliśmy miłą parkę, która też nosiła się z zamiarem urobienia całej Orlej. Chwilę razem kroczyliśmy w miłej rozmowie, jednak przyspieszyliśmy kroku z myślą, że pewnie nas dojdą po drodze i jeszcze parę słów wymienimy. Tak się jednak nie stało, do samego Zawratu byliśmy sami na trasie, w oddali tylko widząc turystów przed i za sobą. Na przełęczy też długo nie zagościliśmy by nie tracić wigoru, ani ciepłoty w wietrznym już terenie. Niebieski kolor zamienił się na czerwony i aż do Krzyżnego miał nam towarzyszyć.

Poranny rozruch na Boczaniu

Dolina Gąsienicowa ze Świnicą i Kościelcem w tle. Zawrat i kawałek Orlej też się znajdzie 🙂

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym

Kaczek żeś nie widział?

Niebieskim szlakiem na Zawrat

Pod Zawrat też już łańcuchy się zdarzą

U wlotu Orlej Perci. Widok w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich z Krywaniem po prawej.

Kultowa Matka Boska umieszczona przez Walentego Gadowskiego

Orla Start!

Początkowy trekkingowy szlak bardzo szybko wchodził w skały więc na dzień dobry aura tajemniczości i niedostępności. Odcinek z Zawratu do Koziej Przełęczy jest jednokierunkowy ze względu na skalę trudności i punkty, gdzie mijanki byłyby ogromnie problematyczne. Zasadniczo jest to najtrudniejszy odcinek z osławioną drabinką i manewrach w okolicach Koziej Przełęczy. Moim zdaniem na późniejszych odcinkach spotykamy podobną skalę trudności, tylko tych miejsc jest zdecydowanie mniej. Tutaj natłok ekspozycji jest zdecydowanie bardziej mnogi. Koncentrację wznieśliśmy na maksymalny poziom i tak w skupieniu ubraliśmy rękawiczki rowerowe zawsze stabilizując 3 punkty podparcia, by jedną kończynę mieć w powietrzu i szukać jak najlepszego chwytu. Na zejściu przy jednej z pierwszych ze skał spotkaliśmy dosyć wystraszonego turystę. Był to teren, gdzie zejście przodem nie było już bardzo możliwe, a na pewno ogromnie niebezpieczne. Trzymając się łańcucha rozmyślał jak zejść. Z pytaniem do nas poszukiwał odpowiedzi. Na tę od razu i bez wahania odpowiedziała Basia, by schodził tyłem i zawsze miał 3 punkty stabilne a jedną nogą lub ręką szukał najlepszego chwytu do złapania lub półki do postawienia stopy. Przetestował i bardzo szybko okazało się, że jest to dobre, wykonalne i nawet łatwe. Tutaj pada pytanie, czy tacy ludzie powinni iść na Orlą Perć? Czy nie lepiej zrobić coś łatwiejszego na początek jak np. Szpiglasowa Przełęcz lub łatwiejsze przejścia w okolicach Granatów. Czy ten teren i ten odcinek jest właściwy na naukę, a tym bardziej dla osób, które nie wiedzą co zrobić? Jegomościa już później nie widzieliśmy, zakładamy, że zszedł pierwszą możliwą opcją. Śmigło tego dnia nad Orlą nie zawitało, więc było to szczęśliwy dzień dla każdego śmiałka mierzącego się z tym szlakiem. Na zejściu do Koziej Przełęczy jednak helikopter nadleciał, kręcił się jednak w okolicach Doliny Gąsienicowej i Kościelca. Po pokonaniu znanej wszystkim drabinki, która na zdjęciach i w opisach jest uznawana za „Wielką Próbę” dostaliśmy się pod grań Koziego Wierchu. W rzeczywistości drabinka nie jest aż tak trudna, zdjęcia mogą wprowadzić w błąd. Jedno jest pewne – trzeba się z tym zmierzyć i zobaczyć jak to naprawdę wygląda. Każdy z nas inaczej odczuwa ekspozycję i zupełnie inaczej do tematu podchodzi. Na Kozim Wierchu spotkaliśmy już sporo turystów ze względu na łatwy, 100% trekkingowy szlak czarny wychodzący z Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zdobyliśmy najwyższy wierzchołek polskich Tatr w całości posadowiony po stronie polskiej. Był to zarazem najwyższy punkt całej Perci i naszych zmagań – 2291 m.n.p.m. W towarzystwie tego szlaku i małych pielgrzymek podążających na Kozi zeszliśmy ze szczytu i dalej odbiliśmy czerwoną kreską w stroną Granatów.

Granaty

Na tym odcinku najtrudniejsze jest zejście żlebem Kulczyńskiego. Brak ułatwień w postaci łańcuchów zmusza do myślenia i wysiłku by zawsze mieć się czego złapać i gdzie postawić stopy. Zeszliśmy dosyć sporo bardzo mocnym nachyleniem do miejsca, gdzie dobijał czarny szlak z Doliny Gąsienicowej. Wdrapaliśmy się na Zadni Granat gdzie znów było sporo turystów, którzy dochodzili na szczyt zielonym szlakiem. Po krótkim popasie i serii zdjęć udaliśmy się dalej przechodząc kolejny owiany tajemnicą i grozą punkt: PRZEŁĄCZKA! By którą przejść trzeba zrobić OGROMNY krok, ba! Nawet nie krok, tylko SKOK! Nie każdy jest gotów na tę próbę. W rzeczywistości Basia złapała się łańcucha, delikatnie się na nim oparła i trochę zawisła by zrobić krok i wesprzeć się na kolejnej skałce. Dla mnie był to trochę większy krok niż zazwyczaj. Pod stopami natomiast nie było 20 ani 30 metrów przepaści, tylko jakieś 3 i to najwyżej.

Po Skrajnym Granacie czekały nas jeszcze Buczynowe Turnie, gdzie kilka zejść i wejść po skałkach były pokroju punktów w okolicach Koziej Przełęczy. Odcinki co prawda krótkie, ale wymagające ogromnej koncentracji. Na sam koniec popełnienie gafy mogło by być tragiczne w skutkach. W końcu teren stał się delikatnie trekkingowy, po pokonaniu ostatniej skałki przed nami pojawiła się niewielka przełęcz z tabliczką po środku. Zrobiliśmy to! Krzyżne.

Pańszczyca…

To nie był jednak koniec atrakcji. Po małym popasie ruszyliśmy żółtym szlakiem w Dolinę Pańszczyca by dowlec się do Murowańca. Szlak ten dłuży się niemiłosiernie, tym bardziej, że już sporo było dzisiaj za nami. Byle do przodu, mijając po drodze Czerwony Staw oraz 2 garby odchodzące od Żółtej Turni pojawiliśmy się na punkcie widokowym, skąd dostrzec można było charakterystyczny, zielony dach Murowańca. Jeszcze tylko spore siodło, krótkie podejście i wylądowaliśmy przy schronisku. W środku tłok ludzi, kolejki przy kasie i jeszcze większe oczekujące na zamówienia skutecznie nas przegoniły z przybytku. Nie ściągając plecaka  udaliśmy się niebieskim szlakiem ku rozwidleniu. By było przyjemniej i trochę inaczej wybraliśmy wariant zejściowy Doliną Jaworzynki. Wariant ten było podyktowany także nadciągającą chmurą i silnym wiatrem, który gnał w naszą stronę. Deszczu uniknąć się nie udało. Pierwsze ulewa spadła na nas ścianą deszczu na mocnym zejściu. Następnie zdążyliśmy wyschnąć i tak uradowani doszliśmy do Kuźnic. Nie zatrzymując się pognaliśmy czem prędzej w stronę samochodu. Kilometr przed punktem docelowym spadła na nas druga ściana przemaczając ponownie wszystko do majteczek. Przy samochodzie deszcz ustał, pozwolił nam ubrać suche ubrania. Po drodze przystanek w pierwszej lepszej karczmie, gdzie niestety obsługa i jakość jedzenia nam nie zaimponowały. Zjedliśmy co zamówione zostało i około godziny 18 udaliśmy się zatłoczoną Zakopianką w stronę domu. Kryzysy w drodze powrotnej były i to większe niż na Orlej. Czujne oko Basi, kilka postojów na oddech i 2 kawy dały efekt pomyślnej finalizacji całego dnia wyprawowego.

Kilka słów na koniec

Czy iść na Orlą Perć, czy nie iść? Dam radę, czy nie dam rady? W internecie jest pełno filmów, opisów, magii i czarów wokół tego szlaku. Wiele miejsc i momentów jest mocno pobudzona emocjami i gęstą dawką koloryzacji. Jedni piszą prościzna, inni, że moment nie do przejścia. Można tak w kółko, ale na to wszystko jest tylko i wyłącznie jedna, krótka odpowiedź:

Idź i sprawdź, jak nie dasz rady to zawróć.

Data wyjazdu: 7.07.2019

Raz przodem, raz tyłem

Jest radość

Ehh te widoki. Przez cały czas 🙂

Koncentracja i szacunek! Przed Kozim Wierchem

W majestacie gór. Z Koziego Wierchu ku Dolinie Pięciu Stawów

Gdzieś przed Granatami

Krzyżne. Challenge Completed!

Długa i mozolna. Dolina Pańszczyca

Czerwony Staw

Zejście do Kuźnic Doliną Jaworzynki

Więcej zdjęć znajdziesz tutaj:

TATRY: ORLA PERĆ [7.07.2019]

2 komentarze

Mogą cię także zainteresować

2 komentarze

Barbara 17 lipca 2019 - 21:44

Warto było 💚💚💚

Reply
@dmin 30 sierpnia 2019 - 18:18

Nie raz jeszcze Barbara, nie raz 🙂

Reply

Napisz co myślisz