Dzień XIII

Trohaniec 939 m.n.p.m. – Bieszczady

Ostateczna rozgrywka

Po tej stronie Bieszczadów nie ma niestety optymalnej stacji benzynowej by spokojnie się zamelinować. Tak więc „na sucho” wsiadłem w samochód i od razu z szarówką udałem się w stronę pasma Otrytu. Cel padł na Lutowiska i odcinek zielonego szlaku w kierunku Chaty Socjologa. Samochodem podjechałem szlakiem dydaktycznym wokół miejscowości, zaparkowałem przy szutrowej drodze na polance. Stamtąd dalej leśną drogą podążałem w kierunku masywu tajemniczego Otrytu, krainy niedźwiedzia. Czułem się odświeżony psychicznie, jednak nogi zupełnie zastygnięte nie chciały się ruszać. Pierwsze podejście na rozruch wcale nie poprawiało sytuacji. Czułem jeden wielki ból i beton. Nadwyrężone mięśnie pękały i puchły, tworzyły się zwyrodnienia. Cóż, dzisiaj podejmowałem ostateczną batalię. Co się miało stać – niech się dzieje, ale już nie odpuszczę. Jak to usłyszałem kiedyś od mojego kolegi Rafała Bielawy: „Masz otwarte złamanie? Nie? To napieraj!”. Co później po wyzwaniu nie interesowało mnie wcale. Czy czekała mnie rehabilitacja, zabieg, amputacja, rekonwalescencja miesięczna lub dłuższa. To nie miało znaczenia, liczył się cel do zrealizowania, a ten był na wyciągnięcie ręki. Chłopaki nie płaczą. Jakby teraz się poddał to nie chcę pisać co potem. Ile to byłoby jęków, narzekań z mojej strony… Łoooooo maaaaatko! Lepiej nie myśleć. Nawet chociażby z tego głupiego powodu wolałem dopiąć ten projekt jak należy. Na tarczy! Dość deliberacji bo jeszcze kilka szczytów przede mną hehe. Przy samochodzie Słońce zaczęło operować na dobre. Zaczął się kolejny dzień w górskim raju z moimi małymi, Wielkimi zwycięstwami w bitwach pełnych morza wewnętrznej krwi.
2. Jaworniki 909 m.n.p.m. – Góry Sanocko-Turczańskie, a może Bieszczady 😛
Wsiadłem w samochód i pognałem dalej Bieszczadzką Obwodnicą do miejscowości Żłobek by wjechać w głąb miejscowości w kierunku wschodnim. Tam dojechałem do końca asfaltu i mocno przytuliłem się do pobocza by zostawić dogodny przejazd, jeżeli w ogóle kto takowy by planował. Zielonym szlakiem dydaktycznym rozpocząłem kolejną swoistą drogę krzyżową najpierw polanką, potem lasem ku kulminacji pasma Żukowa. Dobijając do grani spotkałem się tabliczkami informującymi o przebiegającej tutaj linii głównej linii wododziałowej oddzielającej zlewisko Morza Bałtyckiego od Morza Czarnego. Po kilkuset metrach dotarłem do szczytu. Powrót klasycznie tą samą drogą.
3. Słonny Pd-wsch 668 m.n.p.m.– Góry Sanocko-Turczańskie, Góry Słonne, turystycznie większość powie Bieszczady
Przede mną pozostały ostatnie 2 góry w Beskidach. 2 Słonne szczyty o tej samej wysokości, jednak wg dokładnych pomiarów różnicę spotkać moglibyśmy, jednak tak precyzyjnego pomiaru jeszcze nie dokonano, więc do Diademu wchodzą obydwa szczyty by nie mieć wątpliwości. Wg logistyki dojazdowej najpierw powinienem zdobyć Słonny położony na zachód, by potem zdobyć ten na wschodzie i mieć prosty wylot w kierunku gór Świętokrzyskich. Odwrócenie decyzji i dodanie drogi było spowodowane operatorem drona, który specjalnie przyjechał, by coś ze mną pokręcić. To był najmniej dogodny czas. Nie potrafiłem już biegać, nie miałem na to siły, ani fizycznej możliwości. Poskręcane nogi i mięśnie pokazywały parodię, albo profanację biegania. Jak tu pokazać się w kamerze? Poprosiłem Boga o kawałek siły i dostałem ją, mogłem jakoś poczłapać przez kilka minut, podczas gdy kolega dronem latał tu i tam, z boku i z gór kręcąc ujęcia. Ja natomiast zaciskając zęby próbowałem człapać. Kto patrzył na film ten widział obraz nędzy, życie. Po nakręceniu kilku ujęć pożegnałem się z kolegą, sam natomiast podążałem czerwonym szlakiem przez główny grzbiet by po kilku kilometrach zboczyć ze szlaku i dotrzeć na azymut na szczyt, który oznaczony reperem jest, ale szlakiem dojściowym nie. Udało się w punkt. Na powrocie myślałem o bliskim sukcesie, zostały bowiem 2 szczyty, ale do podpalania się nie gotowałem. Właśnie w takich momentach dochodzi do największych pomyłek i błędów, które mogą być tragiczne w skutkach. Szacunek do gór i koncentracja! Z takimi myślami dotarłem do mojego wehikułu.
4. Słonny pn-zach 668 m.n.p.m. – Góry Sanocko-Turczańskie, Góry Słonne, turystycznie większość powie Bieszczady
Kierując się na Sanok odbiłem po drodze w kierunku Lisznej by dojeżdżając do przełęczy zaparkować samochód na poboczu. Trasa wg mapy wydawała się krótsza, a szlak też przez szczyt przechodził. Tak więc podążałem czerwoną kreską. Faktycznie kulminacja dobrze oznakowana, słup oraz kartka zatknięta z informacją o nazwie szczytu. Pełen koncentracji, w ogromnym wysiłku powróciłem by pożegnać przygodę z Beskidami.

5. Łysica 612 m.n.p.m. – Góry Świętokrzyskie

Oraz kilka słów na koniec

Czekał mnie najdłuższy przejazd na całej trasie. 4,5 godziny gdzie musiałem wysilić się na maksymalną koncentracją, dlatego jechałem powoli by nadrabiać i widzieć wszystko dokoła. Zbliżający się koniec i wspomnienia z całej wyprawy dodawały mi dziwnej mocy, trzeźwości, świeżości i chęci do jazdy. Nawet na chwilę nie chciało mi się spać, a umysł miałem otwarty i zwarty. Nie gubiłem tego i trzymałem wszystko na wodzy. Może to już rodzaj pewnego doświadczenia i mądrości, a nie głupoty? Nie mi to oceniać. Tak rozmyślając o mojej przygodzie z kalejdoskopem gór zjadłem 2 kanapki na ciepło na stacji w okolicach Kielc i ruszyłem na ostateczny bój. Dojechałem do Świętej Katarzyny, zaparkowałem na przygotowanym parkingu i po raz ostatni przywdziałem cały sprzęt biegowy, który zawsze mi towarzyszył. Nie ważne czy czekało mnie 5 czy 20 km, zawsze byłem gotowy na wszystko w i przy plecaku biegowym: kurtka przeciwdeszczowa, żele energetyczne, batony, zestaw pierwszej pomocy, telefon komórkowy, woda, kijki biegowe, okrycie głowy. To był mój arsenał, artefakty, które od samego początku zdobyły ze mną wszystkie szczyty. Tak samo jak rok temu podczas zdobywania Korony Polskich Gór na ostatni szczyt dołączył Przemek Jurojć. Tym razem bez narzeczonej Kasi, a z przesympatycznym kolegą. Niestety nie dojechali na czas, a ja koniecznie chciałem szczyt zdobyć przed godziną 18 by cały projekt zamknąć w 300 godzinach. Zacząłem więc powoli pokonywać ostatnie 2,5 km podejścia. Do szczytu dotarłem, nawet film nakręciłem mając chwilę samotności. Na szczycie spotkałem miłosną parę, która strzelała sobie fotki, ja natomiast pełen euforii, radości, sentymentu wyciągnąłem telefon i zacząłem do niego mówić. Dziękowałem wszystkim, którzy śledzili projekt na portalach społecznościowych oraz mojej rodzinie. Po kilkunastu zdaniach i emocjach wylanych do małego ekranu dotarli do mnie Chłopcy. Zrobiliśmy sobie fotkę i nie czekając zeszliśmy na dół by dokonać tradycji, która zawiązała się rok temu: zjeść burgera w pobliskim fast foodzie. Ten był wyborny, zupełnie jak rok temu. Nie zeszli z jakości, a to się liczy. Pogadaliśmy chwilę i rozstaliśmy się. Chłopaki do Warszawy, a ja w kierunku Rzeszowa. Zarówno na szczycie jak i pod samochodem poczułem nagle dziwną pustkę i niemoc. Czyli to już koniec? To co teraz? Odpowiedź przyszła bardzo szybko, a towarzyszyła mi ona bardzo często: RODZINA GOŚCIU, WRESZCIE WRACASZ DO TWOJEJ RODZINY!!! Baaaa!!! Odpaliłem rumaka i nawet nie myślałem o spaniu, myśl o spotkaniu się moimi Ukochanymi dodała mi niespotykanej energii.

 

0 komentarz

Mogą cię także zainteresować

Napisz co myślisz