Dzień XII
  1. Kamień nad Jaśliskami 857 m.n.p.m. – Beskid Niski
Kraina niedźwiedzia

Rano obudziłem się o 4:30. Odpaliłem poranną toaletę, herbatka i w drogę. Nogi odpoczęły! Rany się zasklepiły, mięśnie trochę puściły. O zbawcza nocy! Dzięki za to myślenie w dzień poprzedni. Wiedziałem jednak, że łatwo nie będzie bo spięcie dalej powodowało, że kuśtykałem, a rany były świeżutkie, napłynięto osoczem, gotowe do ponownego otworzenia i pracowania. Witaj o kolejny dniu. W myślach kotłowała mi się jednak inna, nieco przerażająca myśl. W tej części Niskiego jest dosyć sporo niedźwiedzia. Jak go spotkać to tylko rano, o świcie i w miejscu, gdzie ludzie rzadko zaglądają. Góra, która była przede mną oraz szlak wyjściowy spełniał wszystkie założenia. Tak więc miałem stracha, a w praktyce to się zobaczy. Na szczęście dopiero wieczorem dostałem wiadomość od koleżanki, że dzień wcześniej właśnie w tej części masywu widziano niedźwiedzia i ma on tam swoją gawrę. Dobrze, że dopiero wieczorem się o tym dowiedziałem. Dotarłem za Lipowiec. Samochód zostawiłem przy leśnej drodze, mocno przytulony do drzew, tak by nikomu nie przeszkadzał. Bardzo dobre to było posunięcie z mojej strony, gdyż na powrocie leśnicy już mocno na tym właśnie obszarze działali. Żółtą ścieżką dydaktyczną, czyli tzw Spirytusową Drogą rozpocząłem mozolne i długie podejście na szczyt. Szlak wymaga jednak gruntownej modernizacji lub usunięcia go. Oznaczenia na drzewach wyblakłe, a w terenie ścieżka miejscami nikła. Dla mnie bomba i cudeńko. Byłem jak w domu. Jednak dla turystów wymagających wspomagania może być trochę ciężej. Tak poruszając się słuchałem odgłosów dokoła, ryk jelenia w bliskiej odległości uspokajał mnie jednak. Czułem się z nim bezpiecznie, mimo, że jego celem było chyba przepędzenie mnie z tego terenu. Łatwo kiedyś myliłem to z niedźwiedziem, no ale tak działa głowa. Jak o czymś myślimy to kreujemy wszystko wokół właśnie pod to myślenie, czyli w tym przypadku niedźwiedzia. Doświadczenie jednak mówiło wyraźnie: to jeleń 😊. Po drodze minąłem dwa z trzech starych kamieniołomów, które swego czasu były eksploatowane przez okolicznych mieszkańców. Mógłbym jeszcze zejść do cudnego nieoznakowanego ścieżką uroczyska – Berezedni, ale to na inny czas. Dotarłem do szczytu od strony granicy polsko-słowackiej. Na górze tablica informacyjna i usypany stos kamieni, być może zebrany właśnie z niefunkcjonujących już kamieniołomów. Wracało mi się jakoś raźniej, może dlatego, że Słońce wschodziło co raz wyżej i rozświetlało radośnie cały las.

  1. Tokarnia 778 m.n.p.m. – Beskid Niski
Widokowo, cudnie, radośnie dla serca

Uruchomiłem samochód i wróciłem w stronę Jaślisk, następnie objechałem pasmo Bukowicy by dostać się do Woli Piotrowej – najoptymalniejszego wyjścia na kolejny szczyt. Samochód zaparkowałem na dużym placu i drogą szutrową rozpocząłem wędrówkę. O bieganiu już dawno mogłem zapomnieć. Nadwyrężenie mięśnia goleniowego, które dalej poszło w kolano i biodra blokowały mnie jakiejkolwiek aktywności biegowej. Ledwo człapanie było moim szczytem możliwości. Dotarłem do krzyżówki żółtego szlaku z GSB (Głównym Szlakiem Beskidzkim) gdzie skręciłem na wschód. Wyszedłem z niewielkiego lasu na teren łąkowy. Przekaźnik i kulminacja szczytu była na wyciągnięcie ręki. Piękna pogoda tworzyła całość krajobrazu, który żył i tętnił w mojej duszy i sercu. Tylko nie w nogach, te dogorywały, paliły, umierały… Na szczycie fotki, widok na Kamień nad Jaśliskami i pasmo graniczne oraz inne wspaniałości Beskidu Dukielskiego jak Polańska czy Jawornik. Czas było wracać do wehikułu. W mojej głowie bowiem nastąpił kolejny epizod – walka z bieszczadzkimi kolosami. Pierwszy z nich był kolejny na liście.

 

  1. Wołosań 1071 m.n.m. – Bieszczady
Pierwszy z Wielkich Kolosów

Jeden z magicznych 4 bieszczadzkich sztychów. Wraz z nim Łopiennik, Wielka Rawka i Tarnica dopełniały ostatecznej rozgrywki z Diademowym projektem. Pojechałem w kierunku Komańczy, a stamtąd obniżeniem Woli Michowej jechałem wzdłuż trzeciego co do wysokości pasma w Bieszczadach, którego najwyższym punktem jest Wołosań właśnie. Zatrzymałem się na wysokości Żubraczego poniżej Przełęczy Przysłup zostawiając samochód na szerokim poboczu na wlocie niebieskiego szlaku w głąb masywu. Początkowo leśną, dobrze utwardzoną drogą posuwałem się do momentu, gdzie szlak zbaczał w zakrzaczoną ścieżkę. Ewidentnie ktoś dawno tędy nie szedł. Miałem zamiar dalej zmierzać drogą, gdyż zakładałem, że ona wzdłuż szlaku pobiegnie, a następnie w las. Tak było, jednak postanowiłem zobaczyć jak to będzie szlakiem. Decyzja okazała się zła. Szlak wiódł przez powalone konary i bagnisko, gdzie utopiłem stopę i zmoczyłem się na amen. Dodatkowo musiałem wysoko zadzierać nogi by pokonywać kolejne przeszkody. Normalka, ale w stanie mojego zniszczenia była to walka i krew w oczach. Góry rządzą się swoimi prawami. Przyjąłem tę drogę z pokorą. Po kilometrze dobiłem do wcześniejszej drogi, która po kilkuset metrach skręcała w ścieżkę konkretnie pionując się w górę. Rozpoczęło się podejście, zdobywałem w męce kolejne metry i modliłem się by szybko ujrzeć GSB i odbić na zachód w celu zdobycia szczytu. Udało się. Delikatny wiatr na grani muskał mi twarz i dodawał otuchy w całej akcji. Pierwszy z kolosów dał mi popalić. Na zbiegu nie wszedłem już w zabagniony szlak, drogą stokową dotarłem do startu.

  1. Łopiennik 1069 m.n.p.m. – Bieszczady

Walka o każdy krok

Zmęczenie dzisiaj nadeszło bardzo szybko. Zatrzymałem się w Cisnej u Karnasów by żywot umilić sobie sytą porcją placka po bieszczadzku. Zjadłem go z wielkim apetytem, na deser miejsca jednak nie starczyło. Żołądek też już miał dość w tym całym zniszczeniu. Po obiadku pojechałem w kierunku Dołżycy by zaparkować samochód blisko wlotu czarnego szlaku. Ten dopiero co został odświeżony, więc świeżutkie biało-czarne oznaczenia były widoczne z daleka. Po drodze minąłem kilka par zmierzających ku szczytowi. Skwar lejący się z nieba utrudniał znacznie posuwanie się nawet wśród drzew. Państwo, których mijałem też mieli dosyć ze względu na małe wprawienie. Ja umierałem, ze względu na moje głupie błędy, które skumulowane dawały mi srogą lekcję pokory. Lasem obok kulminacji Horodek, gdzie dawniej stało schronisko, a wcześniej punkt obserwacyjny WOP dotarłem na szczyt z tabliczką informacyjną, resztkami schroniska, tablicą upamiętniającą wizytę m.in. Zygmunta Kaczkowskiego, który dotarł tutaj z Aleksandrem Fredrą i Wincentym Polem. Dodatkowo fragment połoniny i widoki na południe wraz Jasłem i pasmem granicznym dawały radosnego poglądu na krainę Biesów i Czadów. W skupieniu nad właściwym stawianiem kroków wróciłem na dół.

  1. Wielka Rawka 1304 m.n.p.m. – Bieszczady
Nagroda od Biesów i Czadów

Padła dwójka z czterech wielkich, moje oczy skierowały się w stronę Połonin. Kierunki mogły być dwa, ale wybrałem mniejszą ilość metrów w pionie. Tak to wylądowałem na Przełęczy Wyżniańskiej skąd rozpocząłem szturm w kierunku bacówki PTTK pod Małą Rawką. Nie zatrzymując się w środku pognałem zielonym szlakiem pod strome podejście na wspomnianą pierwiej Małą Rawkę. W bukowym lesie wspinałem się terenem i po schodach by w końcu ujrzeć karłowate wersje buczyny i wyjść z lasu na pierwszy ze szczytów. Tam już odkrytym terenem obrałem kierunek na Wielką z Rawek, trafiając znowu na chwilę do lasu. Z kulminacji widoki na wszystko co Bieszczadach najpiękniejsze! Ponina Wetlińska, Caryńska, gniazdo Tarnicy, Ustrzyki Górne w dole, pasmo graniczne, Wyhorlat na Słowacji, czy dalsze Karpaty na Ukrainie. Same pyszne towary dla oczu. Najedzony widokami udałem się w drogę powrotną.

  1. Tarnica 1346 m.n.p.m. – Bieszczady
Głupota, ale to nie jest dla normalnych ludzi

Samo zejście z Rawki było już okryte czerwoną łuną zachodzącego Słońca, zmęczenie sięgało zenitu, rany dalej paliły, a napięte mięśnie nóg kreowały nowe sposoby jak poruszać się dalej. Rozsądnym rozwiązaniem było przestać już dzisiaj i zostawić najwyższą górę Bieszczadów na śniadanie, z nową świeżością kolejnego dnia. Jednak głupi umysł Młodego Wilka przysłał mi nową myśl. Jeżeli jeszcze dzisiaj zdobyłbym górę, to jest szansa, że z całym projektem zmieszczę się w 300 godzinach, czyli 12,5 dnia. Ta myśl stała się moim nowym celem. Wg obliczeń zostało 5 gór i sporo dojazdu z Biesów w kierunku Gór Świętokrzyskich. Jeżeli dzisiaj nie zdobyłbym żadnej góry to limit czas zostałby przekroczony. Decyzja była prosta i szybka. Mimo bólu, który odrzuciłem pojechałem do Wołosatego, by niebieskim szlakiem wdrapać się na ostatni pik tego dnia. Na parkingu było już pusto, ostatnie ekipy schodziły do samochodów. Słońce oświetlało jeszcze szczyt, przy dobrym tempie była szansa, że zdążę dostać się na szczyt przy ostatecznym zachodzie Słońca. Tego zrobić mi się nie udało. Walczyłem z okrutnym bólem i zmęczeniem wraz z potężnym pieczeniem i pracowaniem otwartych ran w stopie. Mijając kilka schodzących ekip dostałem ostrzeżenie, że wchodzenie o tej godzinie nie jest mądre. Pytali się czy mam czołówkę. Widzieli także zaiste moje zmęczenie i grymasy na twarzy, kiwali przecząco głową. Zgadzałem się z nimi. To nie było mądre, ale byłem zaprogramowany. Moja decyzja była 100% pewna i uzależniona tylko ode mnie. To był mój wybór w wolności i ponosiłem wszelkie konsekwencje z tym wyborem związane. O zmierzchu dotarłem na Tarnicę, zejście rozpocząłem już ze światełkiem na czole, a było to jedno z najdłuższych psychicznie zejść w mojej historii zdobywania tej góry. Dłużyło się bardzo, modliłem się o koniec, ten jednak nie następował. Z każdym krokiem było co raz gorzej, niestety dałem za wygraną i pozwoliłem bólowi zawładnąć moim umysłem. Ten robił co chciał, czyli wszystko bym padł i rozpłakał się jak niewinne (może jednak winne) dziecko… Wieczność schodziłem do samochodu, a gdy go zobaczyłem uznałem to za jeden z największych sukcesów tej wyprawy… Dojechałem z powrotem do Ustrzyk Górnych, wlazłem do Kremenarosa i zamówiłem ziemniaki, schabowego i zestaw surówek. W TV puścili pierwszy mecz Polaków na Mistrzostwach Świata siatkówce. Był to najdłuższy posiłek na Diademie. Polacy rozłożyli Kubańczyków 3:1. Mimo czterech setów z mojego talerza znikło raptem pół posiłku. To był bardzo jasny znak, że byłem totalnie wykończony. Nie miałem siły ruszać ustami, oczy zamykały mi się, żołądek nie przyjmował jedzenia. Zjadłem dzisiaj bowiem bardzo mało, a mimo tego nie byłem głodny. Oznaki podręcznikowego wycieńczenia ze zmęczenia. Zapłaciłem za posiłek oraz prysznic. Udałem się do schroniska, umyłem co trzeba i wróciłem do samochodu na nocleg.

0 komentarz

Mogą cię także zainteresować

Napisz co myślisz