Dzień VII
  1. Rysy 2499 m.m.p.m. – Tatry
Najwyższy na śniadanie i miłe spotkanie

Zbliżając się w stronę Tatr moje myśli krążyły wokół kluczowego pytania: czy będzie pogoda? Tę śledziłem od samego początku z naciskiem właśnie na ten rejon. Codziennie wypytywałem się jak prognoza, ale nie na Sudety, ciągle tylko Taterki. Prognoza na kolejne dwa dni były optymistyczne. Pogodnie, bez deszczu i co najważniejsze: bez śniegu! Nie wziąłem nic oprócz butów biegowych i podejściowych. Zaryzykowałem. Myśl druga: jak zacząć? Postanowiłem najgorsze wrzucić na początek, co wiązało się z większą ilością kręconych kilometrów. Jadąc z zachodu najszybciej było mi wskoczyć na Siwą Polanę i do Doliny Chochołowskiej skąd mogłem napierać na Starorobociański Wierch. Myśl o Rysach jednak nie dawała mi spokoju i decyzja padła: jadę do Palenicy Białczańskiej. Tak to dojechałem na przedmieścia Zakopanego, gdzie przy Zakopiance osadziłem mojego rumaka na stacji z możliwością zakupu ciepłych, pysznych kanapek. Tam też porządnie się umyłem, najadłem i poszedłem spać. Wieczór i noc jednak do optymistycznych nie należała. Lekki deszcz i całkowite zachmurzenie powodowały chmury także w mojej głowie. Jednak doświadczenie mówiło: jutro też jest dzień, a w dzień może wydarzyć się wszystko. Uspokojony przytuliłem głowę do poduchy.

Pobudka 4:30, szybka toaleta, kanapka i ciasteczko na drogę wraz herbatką, gdyż niby Zakopane, ale do Palenicy jeszcze 30 minut podjazdu. Wraz z połykaniem kilometrów i kolejnych kęsów kanapki siły wracały z optymalną mocą. Jak co dzień. Organizm przyzwyczaił się już do ciągłego wysiłku. Dojechałem. Parking jeszcze pusty gotowy był na przyjęcie masy turystów. Póki co więcej chodziło gości ubranych na zielono (parkingowych) jednak ruch turystyczny powoli narastał. Postanowiłem skorzystać z tej pustki, przebrałem się odpowiednio do warunków i tym razem załadowałem do plecaka biegowego więcej batonów i wody. Przede mną na rozgrzewkę 8 km asfaltu do Morskiego Oka. Lekkim truchcikiem człapałem by po ponad godzinie znaleźć się pod schroniskiem. Mogłem szybciej, ale mogłem też wolniej. W głowie magiczny głos: oszczędzaj się i nie zajeżdżaj, jeszcze będziesz miał na to czas. Na Moku standardowa szarlotka i po 5 minutach z powrotem znalazłem się na szlaku, wschodnią stroną podążając ku pierwszemu mocnemu podejściu na Czarny Staw. Tam przetarcie i złapanie oddechu po kamiennych stopniach. Następnie fotka i ogląd sytuacji. Pogoda optymalna, widoczność super, trochę chmur, zapowiadało się bezdeszczowo. Kilka ekip już z przodu, reszta przygotowuje się psychicznie, a niektórzy tutaj kończyli swoje zmagania z wysokością. Nie zastanawiając się dłużej na sensem chodzenia i biegania po górach udałem się truchtem wokół stawu. Po drodze wyprzedzałem grupy trekersów, truchtało mi się dobrze. Aż tu nagle szok. Jakiś gość mnie wyprzedza. Jeden, wielki mięsień! Pełen szacunku puściłem go przodem, wiedziałem, że nie mam z nim szans. Trafiłem na Twardziela. Jednak to spotkanie dodało mi sił i zapiąłem mój własny bieg, postanowiłem, że skoro dobrze się czuję będę napierał na granicy II zakresu, czyli już o dosyć dużym wydatku. Tak idąc pod górę patrzyłem raz na widoki, raz na ścieżkę, a także witałem się z ludźmi, których wyprzedzałem po drodze. Wszyscy mili i ustępliwi, dodawali otuchy i motywacji do dalszej drogi. Odwdzięczałem się tym samym ze zdaniem pożegnalnym: „Widzimy się na szczycie”. Droga wiła się zygzakowato do góry omijając w okolicach rysy bulę nad Rysami, za którą zaczynał się teren skałkowy ze sztucznymi pomocami: łańcuchami. Tutaj miłe zaskoczenie! Właśnie dogoniłem kolegę, który mnie brutalnie wyprzedził na drodze wokół Czarnego Stawu. Zaryzykowałem i przyspieszyłem tempa, wyprzedziłem go i już do samego szczytu jegomość mnie nie dogonił. Moje mało zwycięstwo. Pytanie tylko po co… Już cały projekt był wyzwaniem, każda kolejna góra to sukces, mocne tempo i wyprzedzani ludzie. Ciągle mało… Jeszcze trzeba mi było kolejnej cegiełki. Ehh… Życie! Dotarłem w dobrej kondycji i humorze na szczyt, jednak masa ludzi zachęcała do szybkich fotek i ucieczki z tego miejsca. O delektowaniu się widokami nie było mowy. Gwar jak na targu. Zarówno na szczycie polskim jak i słowackim. Przegryzłem batonik, łyknąłem wody i udałem się na dół. Ludzi na szlaku było już bardzo dużo. Nie korzystałem z łańcuchów, szedłem obok grzędami skalnymi i grzebieniami, co było o wiele łatwiejsze i bezpieczniejsze – skała nie była wyślizgana, a szorstka i dobrze kleiła się do buta. W miejscu gdzie skończyły się łańcuchy zacząłem zbiegać co sprawiało mi niezwykłą frajdę, stanowiło jednak o niebezpieczeństwie w postaci wybicia z rytmu. Każde usłyszane i opowiedziane przeze mnie „cześć” wybijało mnie z koncentracji no i mogło skończyć się różnie. Słyszane po drodze „WOW! Jak gość napiera” dodawało mi skrzydeł. Słowny Red Bull działał magicznie. Minąłem najbardziej strome odcinki, okrążyłem Czarny Staw, zbiegłem do Morskiego Oka i postanowiłem, że zjem coś w schronisku, gdyż głód doskwierał mi konkretnie. Dotarłem , a tutaj… nawet nie było gdzie usiąść ni się przecisnąć, kolejka wychodziła po za schronisko. Zmiana decyzji nastąpiła w ciągu kilku sekund: przegryzę Twixa i biegnę stąd! Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Włączyłem piąty bieg i w tempie około 4:20 zbiegałem asfaltem do samochodu. Tak lecąc usłyszałem nagle w połowie drogi: „Hej! Cześć!”. Popatrzyłem, a tam Grzesiu Łagożny z rodzinką udawali się pod górę. Jakaż to była radość ich spotkać, chwile pogadać i strzelić sobie pamiątkowe zdjęcie! Pozdrawiam Was serdecznie! Pełen entuzjazmu dotarłem do samochodu, odpaliłem wóz i marzyłem by zatrzymać się w karczmie. W głowie krążyły mi myśli co będę jadł. Tak oto dotarłem do Zakopanego i w pierwszej lepszej karczmie zamówiłem to co od zawsze mi najbardziej wchodziło: barszcz z uszkami  i makaron z sosem serowym. Napełniony udałem się prosto do Doliny Chochołowskiej. W małym podsumowaniu zrobiłem z buta 27 km i 1500 m przewyższenia. Dobra pierwsza połowa dnia.

 

  1. Starorobociański Wierch 2176 – Tatry Zachodnie
Myślałem, że będzie łatwiej. Myślałem…

Zaczęła się druga połowa dnia. Już wiedziałem, że muszę działać od razu. Bez żadnego odpoczynku, ani drzemki, by wrócić do samochodu w okolicach zachodu słońca. Szlak krótszy i mniej podejścia. Jak okazało się w praktyce…. To było drugi raz to samo. Na początek 6 km asfaltu by znaleźć się przy wlocie czerwonego oznaczenia na Trzydniowiański Wierch. Podejście mozolne, by nabrać wysokości, wszak musiałem wspiąć się na prawie 1800 m.n.p.m. Szło się dobrze, wyszedłem na szczyt. W oddali majaczący cel mojej podróży wróżył jeszcze spory dystans… Tak pobiegłem granią w stronę Kończystego Wierchu, zbiegłem na przełęcz i rozpocząłem najbardziej stromy odcinek by dotrzeć na wierzchołek Starorobociańskiego. Tam pusto i cicho… Zero ludzia, całkowicie sam. Ja i góry oraz spotkane po drodze kozice, które w ogóle się nie bały. Tak, to ich teren i dom, ja tutaj byłem gościem. Na szczycie postanowiłem, ze zbiegnę doliną Starej Roboty, czyli inną, trochę dłuższą trasą. Ta sama powrotna droga męczyła mi bardzo psychikę, a tutaj przynajmniej coś nowego. Tak zmotywowany rozpocząłem delikatny zbieg w dół na Siwą Przełęcz i z grani Ornaka doliną do Chochołowskiej. Przy drodze dopadł mnie zmrok. Ten jednak w tym miejscu był dopuszczalny. Uzbrojony w czołówkę nie musiałem jej nawet odpalać. Droga szeroka, asfaltowa wiodła mnie z każdym metrem co raz bliżej do samochodu, jednak dłużyła się niesamowicie. Kolejne 24 km i 1300 m przewyższenia wyssały ze mnie całą energię. Miałem już dosyć. Doczłapałem do samochodu i udałem się do Kościeliska do karczmy. Tam jak muł, wolno jadłem posiłek, gdyż przyjmowanie pokarmu w stanie wycieńczenia było przez mój organizm mocno ograniczone. Dalej postanowiłem zadzwonić do znajomego pensjonatu w Zakopanem na ulicy Zwierzynieckiej. Moim marzeniem było się umyć, a potem pojechać na stację benzynową. Umówiłem się z Panią, że tylko wskoczę na umycie i nie będę brał noclegu. Zajechałem pod pensjonat i czekam. Dzwonię, a pani mówi, że jest na zewnątrz i czeka na mnie. Wtedy zaczęło mi się coś nie zgadzać. Podjechałem kilkanaście domów dalej, a Pani do mnie, że chyba nigdy u niej nie nocowałem, gdzie podczas rozmowy telefonicznej zarzekałem się że byłem u niej z moją Żoną, Mamą i mały Jaśkiem w nosidełku. Na żywo zacząłem kitować to samo… Kłamałem i wiedziałem, że kłamię. Pani ciągle powtarzała – pan u mnie nie nocował, ale proszę się umyć. Chciałem jej zapłacić, a ona, że nie. Po umyciu przyznałem się, że kłamałem, ale dzwoniąc myślałem, że dzwonię gdzie indziej no i tak sobie pogadaliśmy. Pani bardzo miło mnie pożegnała i nalegała bym następnym razem dzwoniąc mówił, że jestem tym co przyjechał się umyć, a nie od małego dziecka i nosidełka. Następny nocleg zaklepuję u państwa Szwedów na Zwierzynieckiej. Gorąco polecam! Padnięty pojechałem na moją stację by przygotować się na drugi dzień tatrzańskich zmagań.

0 komentarz

Mogą cię także zainteresować

Napisz co myślisz