Bieg Ultra Granią Tatr 2019

14 września 2019
Bieg Ultra Granią Tatr 2019

Bieg przez całe Tatry to gorąca i paląca mięśnie impreza organizowana co 2 lata. Przykuwa uwagę prawie całe polskie środowisko biegowe, a udział w tych zawodach i ukończenie w limicie czasu to prestiż i uznanie. Tylko by wylądować wśród najlepszych biegaczy, trzeba spełnić odpowiednie warunki i być szczęśliwcem w losowaniu. Wszak niecodziennie biegniemy od najdalej wysuniętego szlaku na zachodzie wiodącego przez Polanę Chochołowską w stronę Grzesia do najdalej na wschód wysuniętej magistrali prowadzącej turystów nad Morskie Oko. Po drodze wydarzyć może się wszystko!

Prolog

Impreza ta to nie lada gratka dla wszystkich amatorów biegów górskich. Zapewne jeden z najtrudniejszych biegów organizowanych w Polsce przykuwa uwagę cały polski świat ultra. Wszystkiego w życiu jeszcze nie leciałem, a i znakomita większość przede mną. Bieg ten jednak okazał się jednym z najbardziej majestatycznych i wymagających w moim jakże krótkim biegowym życiu. Jak tylko gdzieś zaćwierkało o możliwości wzięcia udziału w zawodach nie zastanawiałem się zbyt długo. To jak gwiazdka z nieba. Nie można tak po prostu pomyśleć, zapisać się, opłacić składkę i biec. Tutaj obowiązuje zasada losowania, ale i by do niej się dostać trzeba spełnić kilka warunków. Najważniejszymi wymaganiami determinującymi nasze być albo nie być w walce o przystąpienie do losowania to ilość punktów ITRA zdobytych w ostatnich 3 latach na 3 zawodach lub imprezach które takową punktację posiadają. Wszystko dokładnie ujęte jest w regulaminie więc zainteresowanych zachęcam do oglądnięcia. Tych punktów bowiem trzeba mieć 12, a Jeżeli ktoś startował w takich wyrypach jak Łemkowyna Ultra Trail 150 km czy klasyczny Bieg Rzeźnika 82 km i coś jeszcze tego pokroju to spokojną głowę może mieć. Taką punktację można też sobie wyliczyć wchodząc na stronę ITRA. Znajduje się tam kalkulator, w którym liczymy czy posiadamy wymaganą ilość punktów. Dla mnie to akurat było bardzo pomocne, gdyż z ciekawości ogarnąłem sobie jaką punktację ma chociażby Niebieski Szlak Karpacki 😊 wyszło 5 grubych punktów, więc zebranie reszty nie było takie trudne. Dopiero po weryfikacji Szczęśliwa persona mogła załapać się na listę do losowania. Po odpowiednim czasie oczekiwania z kilku tysięcy zapisanych chętnych wylosowano 300 + 50 osób z puli Organizatora. Śmiało można rzec, że w zawodach brała udział elita polskiego światka biegów górskich.

Odprawa przed startem w Nosalowym Dworze

Dojazd do Zakopanego

Do Zakopca wybrałem się z kolegą Krzyśkiem Wiernuszem, elitarnym biegaczem w południowej Polsce. Podróż minęła szybko i przyjemnie na różnych rozmowach, rzecz jasna nie tylko biegowych. Cisnęło nas czasowo gdyż chcieliśmy koniecznie zdążyć do Nosalowego Dworu na odprawę techniczną o godzinie 19:00. Przedstawienie trasy, zasady bezpieczeństwa i poruszania się na szlaku oraz kwestie związane z ochroną przyrody, albo i przede wszystkim! Następnie wybraliśmy się do obiektu noclegowego, przygotowaliśmy plecaki biegowe i każdy swoim sposobem ułożył się do snu.

Przygotowania przed startem

Budziki nastawiliśmy na godzinę 1:30. Szybki, orzeźwiający prysznic, jedzenie na siłę i około 2:20 udaliśmy się na miejsce zbiórki przy rondzie kuźnickim. Tam bowiem odjeżdżały busy w stronę Siwej Polany, czyli wlotu w Dolinę Chochołowską. Noc ciemna dokoła i miła jazda nawet nie usypiała – przygotowywała na mega wysiłek, który już niebawem miał się rozpocząć. W dolinie ruch już trwał w najlepsze. Dmuchana brama oznajmująca miejsce startu dumnie falowała w świetle czołówek. Przeszedłem przez kontrole z obowiązkowym sprzętem, ustawiłem się na miejscu startu, skupiłem myśli i bardzo szybko nastała magiczna godzina.

Na wlocie do Doliny Chochołowskiej, tuż przed startem

Minuty do startu Biegiem Ultra Granią Tatr…

Rozpoczęcie Biegu ultra Granią Tatr 2019 – 17.08.2019

4:00 Tatry Zachodnie i atak na Grzesia

O tej godzinie ruszyłem na „wycieczkę” przez całe Tatry. W dużym zbiegowisku rozpoczęliśmy 7 kilometrowy podbieg asfaltowo-szutrowy w kierunku schroniska PTTK w Dolinie Chochołowskiej. Leciało się lekko, dobrze, przyjemnie, cały czas delikatnie pod górę. Utrzymując bezkosztowe tempo szybko dotarłem pod zabudowania schroniska, gdzie w marszu ściągnąłem kurtkę, schowałem do plecaka i wyjąłem kijki biegowe. Zjadłem żela, popiłem wodą i zacząłem podchodzić na Grzesia w rytm serducha, nie szybciej, ale też nie wolniej. Metry w pionie zdobywało się żwawo, jednak spokojnie. Wybił dopiero 10 kilometr, a przygoda się rozpoczynała. Dobijając do pierwszego szczytu słońce delikatnie zakreślało łunę i szykowało się do wschodu. Widok dokoła był cudny i zapierający dech w piersi, nie tylko ze zmęczenia. Poszarpane granie na horyzoncie przenikały się z przewalającymi masami powietrza wraz z chmurami, które grały wspólną muzykę. To wszystko tworzyło ze sobą dynamiczną scenerię wspierającą biegaczy w ich morderczych wyczynach. Synchronizacja z przyrodą była tutaj bezbłędna. Nie tylko mi się zdarzyło potknąć i oślinić spoglądając nie pod nogi, a wszędzie na boki. Grześ padł łupem i pierwsze rzeźnicze podejście. Dalej zbiegłem żwawo na przełęcz by znowu spotkać podejście na Rakonia, a potem najcięższy sztych na Wołowiec. Tym sposobem wraz z kilkoma biegaczami obok siebie dobiliśmy na ponad 2000 m.n.p.m.

Dynaminczna gra światła, wiatru w majestacie Tatr Zachodnich i Wysokich

Główna Grań Tatr

Docierając do czerwonego szlaku spotkałem się z główną granią, więc nie zwalniając tempa strawersowałem Łopatę i uzbroiłem głowę na 2 mocne podejścia: Kończysty i Starorobociański Wierch. Tutaj już tempo spadło, nogi zaczynały się odzywać. Ciało dawało mi znać bym delikatnie popuścił, gdyż przede mną jeszcze ogrom trudnej trasy, a zajechać się w tym momencie oznaczało ogromne problemy w późniejszej części. Dodatkowo pogoda jeszcze w tym momencie była sprzyjająca. Dosyć chłodno i rześki wiaterek dodawał skrzydeł, rozochocał. Jednak zbyt szybko zabite mięśnie na początku zdyskwalifikowałyby mnie w niedalekiej przyszłości.

Czasem dobrze jest się za kimś puścić na tle Babiej Góry 🙂

Pełen pokory zbieg ze Starorobociańskiego Wierchu

Pierwszy, mocny, techniczny zlot na Siwą Przełęcz zielonym szlakiem. Zakosami i piargami podążając starałem się delikatnie „puścić” nogę by ta na ułamek sekundy odpoczęła i nie zabiła się. Te znamienite słowa mojego Trenera pulsowały w głowie i starałem się jak najbardziej im podporządkować. Techniki jednak mi bardzo brakowało. Teren był sypki, bardzo stromy i mimo puszczania nogi musiałem kontrolować sytuację by najzwyczajniej nie upaść. Biegacze przede mną puścili się do przodem, z tyłu czułem już kroki kolejnych. Ewidentnie brakowało mi umiejętności więc postanowiłem nie cisnąć na zabój, a zrobić to tak jak potrafię i najważniejsze – nie ubijać mięśni. Tak dotarłem do Siwej Przełęczy.

Na głównej grani Tatr Zachodnich o poranku bywa tajemniczo

Koncentracja i szacunek do gór.

Przez Ornak

Tutaj teren delikatnie się wypłaszczył. Na rozdrożu ku Dolinie Starorobociańskiej czekało dwóch fotoreporterów, z których pierwszy strzelił mi fotkę, a drugi odpalił Go Pro i puścił się chwilę obok mnie kręcąc zadawał pytania na temat samopoczucia. Przyznam szczerze, że było to bardzo miłe i dodało mi sił. Nogi na płaskim odpoczęły. Podszedłem na Ornak, potem na Suchy Ornaczański Wierch i stamtąd rozpoczął się kolejny zbiegowy dramat. Pokora z pierwszego zbiegu nie poszła jednak na marne. Postanowiłem szybko wyciągnąć wnioski i trochę pokombinować, przypomnieć sobie jak to drzewiej z tymi zbiegami bywało. Ostatnimi czasy jednak stanowczo za dużo było płaskiego terenu, w którym zapomniałem o optymalnej technice zbiegu ze stromych zboczy. Jako typowy Polak, szukałem tej optymalnej postawy. Pochyliłem się delikatnie do przodu, ugiąłem kolana, zamortyzowałem w miarę możliwości i nagle poczułem synchronizację z terenem i ciałem. Tak! To było to! W rytm serducha, nóg i mięśni zbieg wydawał się być lekkim i tak też czułem w rzeczywistości. Minąłem dwóch biegaczy i delikatnie opadałem do Iwaniackiej Przełęczy. Tam wolontariusze skierowali mnie w prawo.

Walka na o Siwą Przełęcz podczas zbiegu ze Starorobociańskiego Wierchu w Tatrach Zachodnich

Schronisko PTTK na Hali Ornak – pierwszy punkt odżywczy na 30 kilometrze

Dalej w dół, ale tym razem żółtym szlakiem dobiłem do kilkunastoosobowej grupy, która trzymała pasujące mi tempo. Postanowiłem się ich uczepić i tak razem wpadliśmy na pod schronisko. Pod budynkiem powitało nas dość sporo turystów. Wlecieliśmy do specjalnej strefy z wyżywieniem, a tam było co pojeść! Bardzo szybko wyciągnąłem 2 flaski z prośbą o napełnienie. W tym czasie piłem gorący kompot, zagryzałem bułkę z serem. Gdy moim oczom padły ciasteczka owsiane skierowałem się ku nim i konsumując kilka sztuk popijałem pysznym nektarem. Flaski zostały napełnione, cola wypita, 2 ciastka na drogę i marszem udałem się zielonym szlakiem ku Dolinie Tomanowej. Bez biegu chciałem poczekać aż jedzenie mi odpowiednio się ułoży, bieg w tym momencie najprawdopodobniej spowodowałby kolkę i przytkanie, a tego bym nie chciał.

Ornak – niby w miarę płasko, a pali jak cholera

Czerwone Wierchy – kolejne mocne podejście

Lasem i dość jednostajnym nachyleniem dotarłem z kilkoma partnerami pod granicę lasu, gdzie teren zdecydowanie robił się co raz bardziej wymagający kondycyjnie. Zapiąłem kijki i w rytmie najmniej kosztowym zdobywałem kolejne metry w pionie by znaleźć się na Ciemniaku w paśmie Czerwonych Wierchów. Spowrotem powitałem Główną Grań Tatr. Słońce operowało już bardzo mocno, więc częściej sięgałem po wodę, a i przegryźć też wypadało coś częściej, gdyż organizm się domagał, żołądek jednak niekoniecznie. Tak zbiegając i podchodząc na zmieną padła Krzesanica, Małołączniak i Kopa Kondracka. Przelatując przez przełęcz pod Kondracką Kopą pokonałem Goryczkowe Czuby i w pełnym Słońcu oraz dobrej widoczności dotarłem na wypełniony masą ludzi Kasprowy Wierch. Na szczycie dominowały klapki, sandałki i bawełniane koszulki które razem z ludźmi wywoziła kolejka. Poczułem się trochę dziwnie i obco, na całe szczęście bardzo szybko ekipa wolontariatu pokierowała mnie na zbieg żółtym szlakiem ku schronisku PTTK Murowaniec.

Na Hali Ornak jeszcze sennie, ale zew się budzi

To właśnie siadło na tapet na pierwszym punkcie żywieniowym 😀

Schronisko PTTK Murowaniec – drugi punkt odżywczy

Wpadając pod schronisko nie wiedziałem gdzie jestem. Ludzi było więcej niż miejsca dokoła! Wyznaczonym traktem i kanałem dostałem się do punktu odżywczego, gdzie królowała pomidorowa z ryżem, całość domknąłem solidną dawką coca-coli, ciastkami i piernikami. Znów trochę zabrałem na drogę i wylatując  ze schroniska ekipa pokierowała mnie w Dolinę Pańszczycy.

Ogrom turystów przy schronisku PTTK Murowaniec

Krzyżne – wejście na Orlą Perć

Zanim jednak mogłem znaleźć się na przełęczy musiałem pokonać żółtym szlakiem długą dolinę obok czerwonego stawu.  Następnie zaczęło się właściwe pięcie i metry w pionie kąsałem jeden za drugim. Świeżości jednak w kroku nie było. Teren stawał się co raz bardziej nachylony, a smaku dodawały duże kamienie i usypiska piargowe, gdzie w jednym miejscu trzeba było schować kijki i delikatnie skałkować po dość prostej grzędzie. Łapiąc oddech koncentrowałem się na jako takiej równowadze i systematyczności. Tej złapać niestety nie mogłem. W końcu zobaczyłem w odległości 200 metrów ludzi ponad sobą patrzących na mnie z góry. Dodatkowo wyrosła tabliczka – wiedziałem, że to Krzyżne. Wchodząc na przełęcz rozejrzałem się dokoła i przede mną, na dole objawiło się schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Teraz tylko… AŻ W DÓŁ.

Prawie jak pielgrzymka, to Tatry 🙂

W Dolinie Pięciu Stawów Polskich

Krok za krokiem przestawiłem mięśnie z trybu podchodzenia do zejścia. 300 metrów poniżej przełęczy napotkałem źródło bijące  ze skały. Nie zastanawiałem się ani chwili, wyciągnąłem mój magiczny trekkingowo-biegowy kubek i wypiłem 3 soczyste porcje lodowatej wody, które skutecznie zmroziły mi usta. Trochę ożywiony kontynuowałem zejście po skalnych grzebieniach uważając by nie wykonać tego jednego, niebezpiecznego kroku. W końcu teren delikatnie się wypłaszczył i trawersując jedną z odnóg Orlej Perci raz podchodziłem, a raz zbiegałem. Dobiegłem do niebieskiej magistrali, gdzie kwitła turystyka w ilości masowej. Wyprzedzając ludzi i przepraszając ich biegłem slalomem. Gdy tylko usłyszałem oklaski i słowa dopingu starałem się na każdy taki dźwięk reagować podziękowaniami i uśmiechem, który wywoływany był mimo wszystko już trochę sztucznie, ale w głębi prawdziwie. Minąłem schronisko, gdzie koleżanka z obsługi pokierowała mnie na lewo od schroniska. Rzuciłem okiem na Wodospad Siklawa i stopniami skalnymi skoncentrowałem się na dalszym stawianiu kroków co chwile dziękując za słowa otuchy i motywacji 😊 Czułem się jak na rajdzie zwycięzców, gdzie wszyscy są ze mną. Turyści tutaj byli wspaniali i bardzo miło wspominam ten odcinek trasy.

Majestat przyrody

Wodogrzmoty Mickiewicza – trzeci i ostatni punkt odżywczy z napojami

Z terenu widokowego wbiegłem w las na szeroki, leśny trakt, który towarzyszył mi aż do Wodogrzmotów Mickiewicza. Dobiegając do asfaltowej drogi zakończyłem znajomość z zielonym szlakiem, przede mną wyrósł ostatni punkt odżywczy. Napełniłem flaski, wypiłem morze coli i izotonika. Zebrałem się w sobie i z pulsującymi z bólu mięśniami udałem się asfaltem w kierunku krzyżówki ze szlakiem na Rówień Waksmundzką. Biegło się fatalnie. Powodem była masa niedzielnych turystów z wózkami, gwar oraz co chwila jeżdżące konie ciągnące Januszy Gór w górę i na dół. Pragnąłem jak najszybciej stąd uciec i skręcić znowu na szlak. Dzięki temu zapewne miałem wyższe tempo biegu. W końcu spotkałem wolontariusza, które pokazał mi ręką bym skręcił w czerwony szlak. W ciągu 10 sekund znowu znalazłem się sam, w lesie, na szlaku, w ciszy i bez jakichkolwiek ludzi. To było wspaniałe uczucie. Na chwilę zapomniałem o bólu. Początek objawił się mocnym podejściem. Szedłem w miarę możliwości, czasem truchtają na prostym i z górki. Minąłem Rówień i polanę. Znowu znalazłem się w lesie.

Zawsze ktoś z przodu, zawsze ktoś z tyłu

Jeszcze tylko Nosalowa Przełęcz, ale jednak kryzys…

Kolejnym punktem orientacyjnym była polana pod Wielkim Kopieńcem. Po drodze minąłem kilka potoków, szybko jednak kurczył się zapas wody. Żołądek nie przyjmował już w ogóle jedzenia, a kucie w brzuchu sugerowało tylko jedno – musisz Pawele coś w siebie wmusić. Zbierało mi się na wymioty i ciągnęło mnie, ale nie miałem co zwracać. Opadłem całkowicie z sił, dostałem mroczek, zablokowało mi nogi.

Podbiegi, zbiegi, podbiegi, zbiegi…

KRYZYS

Odcięło mnie całkowicie. Dodatkowo woda nabrana z dużego potoku wzmogła we mnie odruch nagłego oddania stolca. Zboczyłem 1 metr od szlaku, oparłem się o kawałek powalonego pnia i zrobiłem to co mogłem. Osłabłem jeszcze bardziej. Otworzyłem batona, gryzłem i mieliłem na siłę ze łzami w oczach. Połknąłem pokornie wszystko, poczekałem 5 minut… Puściło! Dostałem nagle delikatnego pobudzenia, kucie i nudności przeszły. Rozpocząłem podejście na polanę pod Wielkim Kopieńcem. Obrałem trudną taktykę i postanowienie, że jak tylko znowu mnie delikatnie chwyci cokolwiek – otwieram coś słodkiego i biorę 2 gryzy. Takich serii miałem na tym odcinku około 10 na dystansie ostatnich 10 kilometrów. W końcu zbiegłem do Doliny Olczyskiej i wiedziałem, że przede mną ostatnie podejście na Nosalową Przełęcz.

Jeszcze tu wrócę!

Finisz

To już chyba klasyka poruszana we wszelkich piosenkach i na ustach wielu osób, że na ostatnim odcinku przychodzi moc nie wiadomo skąd. Tak było też teraz. Nagłe ożywienie sprawiło, że lądując na Nosalowej Przełęczy dostałem redbullowych skrzydeł! Rześko zbiegałem słysząc w dole speakera witającego szybszych biegaczy. Muzyka, oklaski i odgłosy kibiców dało się słyszeć z daleka, gdyż niosło się po górach! Dotarłem do niebieskiego szlaku wiodącego przez Boczań ku Dolinie Gąsienicowej. Wśród oklasków turystów zbiegałem w dół ciągle mając pokorę, rozwagę i szacunek do gór. Jednym zdaniem: by nie wytrąbić się na samym końcu, bo obciach. Wybiegłem pod punkt kasowy, przebrnąłem obok obiektów gastronomicznych i ostatnie 100 m w dół na metę. Tam speaker wypowiedział moje imię, dostałem medal i poczęstunek. Jednak rewolucje żołądkowe nie dawały mi spokoju i musiałem po prostu usiąść. Tego jedna nie mogłem zrobić, gdyż od razu dopadł mnie Krzychu, który zajął kosmiczne 17 miejsce i kazał mi wybrać bluzę pamiątkową. Następnie podbiegły do mnie Edyta i Monika z Dynafita, więc pogadałem chwilę, poszedłem na ławkę i tępy siedziałem dłuższą chwilę.

Sponiewierany i Szczęśliwy. Kwintesencja biegów długodystansowych

Wracanie do żywych

Po ocknięciu i zamienieniu kilku słów z Krzyśkiem, który już od prawie 3 godzin delektował się zimnymi piwerkami. Powróciłem do dziewczyn (a raczej one do mnie), pogadaliśmy w tym momencie dłuższą chwilę, a nawet strzeliliśmy sobie fotkę. W końcu doszliśmy do wniosku, że idziemy  do naszej dziupli, myjemy się i gnamy do domu. Poszliśmy żywym, aczkolwiek mocno zastanym w moim wydaniu krokiem. Droga z kuźnic do ronda, a następnie ku ulicy Zwierzynieckiej biegła cały czas w dół. Mijając lub wyprzedzając turystów doszliśmy do obiektu. Posiedziałem chwilę pod prysznicem, spakowałem w miarę sił torbę i poczułem głód. Pożegnałem się z Krzychem, który wracał z kolegą i wyjechałem z Zakopanego z zamiarem znalezienia po drodze pierwszej placówki z jedzeniem. Jako sobie wymarzyłem, tak też się stało. Po około 20 minutach znalazłem się w karczmie u Świadka. Jedzenie jednak nie siadło na raz więc skonsumowałem tylko wyborny żurek, a drugie danie w formie szaszłyka z grilla zabrałem do samochodu. Po 30 minutach jazdy głód dopadł po raz drugi i dokończyłem drugie danie. Tylko na takie raty było stać mój żołądek, który powoli wracał do żywych. W okolicach Rabki Zdroju noc zapadła na dobre, ale jechało się o dziwo rześko. Dziwił mnie tylko bardzo długi czas dojazdu, który pojawiał się na GPS. W końcu dojechałem do Krakowa i wskoczyłem na autostradę A4 w kierunku Rzeszowa. Wszystko stało się jasne, kiedy na autostradzie wpadłem w ogromny 30 minutowych korek. Stałem, podjeżdżałem i dalej stałem. No cóż takie życie. Dobra impreza za całokształt. W tym mozolnym przesuwaniu się do przodu. Dojechałem w okolicach 1 w nocy do Rzeszowa i głód naszedł mnie po raz trzeci. Szybka decyzja i równie szybkie działanie. Zjechałem środkowym zjazdem do centrum i udałem się na kebaba. Wyjście z samochodu nie było jednak łatwe. Stając pod Urzędem Wojewódzkim musiałem się trochę natrudzić by pobudzić zastygające w beton mięśnie. Niepewnym i chwiejnym krokiem udałem się do budki z pożywieniem. Nie byłem jakimś odmieńcem, gdyż dokoła było pełno ludzi zachowujący równie chwiejny krok, aczkolwiek z innych powodów. Brzydko pisząc: można się zeszmacić i sponiewierać na różne sposoby, a każdy ma swoją historię. Usiadłem blisko dwóch ekip z cyklu „Wieczór Panieński”. Jedne dziewczyny miały na głowie przypięte rogi, drugie natomiast peniski. Ot takie 2 obozy dosyć przystojnych, młodych łani. Oglądając co się dzieje i jak zachowują się ludzie dokoła zjadłem największego kebaba jakiego mieli i udałem się do domu na nocleg.

Bluza dla każdego Finishera

Podsumowanie

Jeśli chodzi o imprezę to jedna z tych Przygód Życia. Przemierzyć całe Tatry i to jeszcze w formie podkowy z zachodu na wschód w 13 i pół godziny to świetna sprawa. Noc, wschód, Tatry Zachodnie i nagle Wysokie. Obocowanie sam ze sobą by nagle wejść w motłoch, gdzie trzeba było przeciskać się przez tłumy ludzi. Praktycznie cały kalejdoskop. Sam wynik jednak nie powala i daje mi dużo do myślenia. Na pewno kondycyjnie nie byłem w ogóle przygotowany na tę imprezę by powalczyć i wykrzesać z siebie więcej. Tak więc muszę zadać sobie pytanie: jakie dystanse i jakie rodzaje biegów chce uprawiać, a potem rozpisać plan i specyfikę oraz działać. Ostatnimi czasy jednak za dużo było płaskiego i poszedłem w szybkość co dało mi dużo do techniki. Wyleciały natomiast podbiegi i zbiegi, które szybko złoiły mi nogi powodując blokadę na dalsze odcinki. Byle myśleć do przodu i działać. To najważniejsze i tylko tak możemy robić PROGRESS 😀 No to pracuję dalej! Bieg natomiast na zawsze pozostanie w mej pamięci. To jeden z tych, które pamięta się do końca życia!

Miejsce: 80

Czas: 13:25:43,67

Data zawodów: 17.08.2019

 

2 komentarze

Mogą cię także zainteresować

2 komentarze

Stanisław 15 września 2019 - 11:36

Cześć. Miło się czytało. Żywe tempo, odczucie „tu i teraz”. To lubię. Sam tak piszę. Masz bogatą „biografię” sportową. Ciekawe samotne przejścia, aktywność górską (alpejską i z gór wyższych). Jesteś z Rzeszowa? Chętnie bym się spotkał i porozmawiał (stanislaw_polak@interia.pl).

Reply
@dmin 16 września 2019 - 15:42

Hej Stanisław! Dzięki za te słowa, bo rzeczywiście piszę, co myślę. Jestem spod Rzeszowa, chętnie się spotkam i pogadam 🙂 daj znać telefonicznie albo przez maila tudzież FB 🙂

Reply

Napisz co myślisz