Beskid Sądecki: Ze Szczawnicy na Przechybę niebieskim szlakiem

9 lipca 2019
Beskid Sądecki: Ze Szczawnicy na Przechybę niebieskim szlakiem

Biegowy poranek

Jak upiec wiele pieczeni na jednym ogniu to niestety trzeba pogrywać ze snem i zyskiwać cenne minuty za cenę niewyspania i krótszego życia. Wybór jak zawsze należy do nas. Rodzinny wypad, cały dzień z rodziną od porannych godzin. Jak chcesz jednak jeszcze pobiegać, zrób to tak by nie kolidowało z Twoim rodzinnym czasem. Wniosek: Reszta musi spać, albo czymś się zająć w zadowoleniu, byś Ty mógł zrobić swoje. Szatański plan przyszedł mi do głowy dzień przed wycieczką, by zerwać się o 3:30 i zrobić solidny poranny wybieg w pasmo Radziejowej, a jak się uda to nawet na Przechybę. Przyjeżdżają dzień wcześniej ogarnęliśmy z Basią dzieciaki, a ja finalnie wylądowałem w łóżku o 23:00. Ze względu na problemy Stasia z uśnięciem, Mamusia uspokajając go położyła się grubo po północy. Wyliczyłem w moim przypadku 4,5 godziny snu, co dawało wynik poniżej normy i szans na normalnie funkcjonowanie. Łudząc się, że kiedyś odeśpię nastawiłem zegarek oraz mózg na pobudkę o tej właśnie porze. Ciuchy biegowe, buty oraz bidon z batonem przygotowałem w jednym miejscu by tylko to zabrać i wyjść z pokoju nie budząc całej reszty. Ograniczenie czasowe i umowę z Basią miałem by zameldować się z powrotem na godzinę 6:00. Wtedy wstajemy, pakujemy się i wyjeżdżamy na wycieczkę około 8.

Pobudka

Jak zawsze o tej godzinie… Ciężka. Budzik mocno przydzwonił aż niestety Basia się zbudziła i na dzień dobry dostałem ochrzan, że ją zbudziłem. Dalej starałem się być ogromnie cicho. Załatwiłem toaletę, wziąłem ciuchy i wyszedłem z pokoju na korytarz. Wypiłem 4 szklanki wody by się otrząsnąć z marazmu sennego. Przegryzłem 3 kostki czekolady, ubrałem ciuchy i zapakowałem papier toaletowy z myślą o załatwieniu twardszej sprawy w lesie. Jeszcze tylko rolowanie butelką wody, małe rozciąganie, strzał w pysk i wyszedłem na zewnątrz. Było chłodno, ale bardzo przyjemnie.

Na Przechybę

Ruszyłem wolno, gdyż trasa asfaltem od razu biła do góry na jedną z odnóg głównej grani Pasma Radziejowej: Czeremchy. Truchtem więc łapałem i równałem oddech, a mięśnie pobudzałem do wysiłku. Dobiegłem do skrzyżowania dróg, gdzie połączyłem się z niebieskim szlakiem, który już do końca miał mi towarzyszyć. Biegnąc wśród domów czułem jak całe osiedle śpi, zatrzymałem się obok wodospadu Zaskalnik by strzelić kilka fotek, wyrównać oddech i wziąć kilka łyków wody. Asfaltu zostało mi jeszcze około 1 km. Dobiłem do końca zabudowań, szlak odbijał w prawo szeroką, dobrej jakości szutrową drogą. Cały czas pod górkę utrzymywałem jakieś tempo biegowe, na marsz było jeszcze za wcześnie. W końcu dotarłem do dużego placu dla pojazdów leśnych i składu drewna. Podłoże zmieniło się na typową leśną drogę, którą podążałem kolejny kilometr. Zgodnie z oznaczeniami szlaku dotarłem do skrętu w ścieżkę i tak też poczyniłem. Teren stał się bardzo stromy, więc mowy o biegu przy mojej kondycji nie było. Marszem zdobywałem kolejne kilometry i metry w pionie. Gdy teren się wypłaszczał – podbiegałem, gdy znowu mocno piął do góry – szedłem. Tak zdobyłem Czeremchę i pierwszy punkt widokowy. Do Przechyby zostało około 1,5 km. Ze Czeremchy  była bardzo dobrze widoczna ze względu na ogromną wieżę przekaźnikową widoczną z wielu miejsc dokoła Pasma Radziejowej. Zbiegłem w dół i dokonałem ostatniego podbiegu. Wylądowałem pod przekaźnikiem i przy tabliczkach z oznaczeniem czerwonym Głównego Szlaku Beskidzkiego, stąd tylko 300 metrów dzieliło mnie od schroniska. Tam nie zachodziłem do środka, gdyż nie chciałem mącić śpiącego całkowicie obiektu. Wszak było dopiero po 5 rano. Porobiłem kilka fotek, upoiłem się widokami i rozpocząłem zbieg w dół. Za Czeremchą zastanowiłem się, czy zdążę zejść zielonym szlakiem przez Kuni Wierch dokładając przy tym około 3 km. Decyzja padła jednak na trasę analogiczną do wejściowej. Już teraz zdążyłem obliczyć, że w pokoju zameldują się z 15-minutowym opóźnieniem. Zatrzymywanie się na szlaku by zrobić fotki pochłonęły jednak za dużo czasu, którego nie wliczyłem w całość. Sam zbieg był bardzo lekki, w rytm serducha i na tyle, na ile pozwalały nogi. Czasem wolniej, czasem szybciej by na ostatnich 3 kilometrach zejść to tempa poniżej 4 min/km. Pod pensjonatem porozciągałem nogi i ciało. Czułem, że żyję i byłem bardzo zadowolony z te decyzji. Rozciąganie jednak też musiałem przyśpieszyć, gdyż na zegarku wybiła godzina 6:15, a umawiałem się na równą godzinę. W lekkim stresie wpadłem do pokoju, a tam… Wszyscy spali. Widok wspaniały jak cała Twoja rodzinka śpi. Umyłem się szybko i zacząłem powoli zajmować się Stasiem oraz budzić Jasia i Basię. Tutaj zaczynał się nasz rodzinny czas 😊

Poranny wybieg zrobiłem przy okazji rodzinnego wypadu w Beskid Sadecki i Pieniny:

Z Tylmanowej na Koziarz i Palenica ze Szczawnicy

 

Wodospad Zaskalnik

Połączenie szlaku z trasą rowerową

Przechyba blisko, wysokość złapana

Jeszcze tylko siodło

Połączenie z Głównym Szlakiem Beskidzkim

Przekaźnik widoczny z wielu miejsc w okolicy

Schronisko PTTK na Przechybie

Z widokiem na Pieniny Małe i Wysoką

0 komentarz

Mogą cię także zainteresować

Napisz co myślisz