12 PKO Półmaraton Rzeszowski

18 czerwca 2019
12 PKO Półmaraton Rzeszowski
Pełno pytań i niewiadomych

Pierwszy asfaltowy półmaraton w życiu stał pod znakiem zapytania o czas, ale bardziej zadawałem sobie pytanie: jak to w ogóle będzie? Teren, warunki atmosferyczne, błoto, deszcz, śnieg na asfaltowych biegach grają o wiele mniejsze znaczenie niż w górach, gdzie rozdają karty i często świadczą o ilości zawodników kończących zawody. Oczywiście temperatura, czasem słońce – czasem deszcze mają ogromne znaczenie co do wykręcenia życiówki, pobiegnięcia dystansu o kilka minut lepiej. Nie rozchodzi się tutaj jednak o godziny poślizgu względem tego samego odcinka oraz pytaniu: czy ja k**** dobiegnę? Wiedziałem, że w limicie czasu powinienem się zmieścić. O to byłem spokojny. Z tempa kręconego na treningach wnioskowałem także, że spokojnie złamanie 1:30 h było jak najbardziej możliwe. No ale co dalej? Miałem na szczęście pewien punkt odniesienia, czyli półmaraton w Oleszycach, gdzie trochę po asfalcie, trochę po leśnej, oblodzonej ścieżce, trochę po śniegu, troszeczkę pod górkę i z górki osiągnąłem czas 1:26:30. Temperatura do biegania wtedy była idealna, asfaltu dosyć mało. Sugerowałem więc sobie, że na tym typowym, asfaltowym odcinku wykręcenie lepszego wyniku było założeniem prawidłowym. Zawsze muszę sobie coś założyć, więc im tym razem to zrobiłem. Chciałem zakręcić się w okolicach tempa 4 min/km, a złamanie tego i uzyskanie magicznej trójeczki z przodu na każdym kilometrze to było marzenie. Jeszcze nigdy na portalach biegowych na jakimkolwiek treningu czy innych bieganiach nie uzyskałem średniego czasu poniżej tej magicznej dla mnie wartości.

Strategia

Tę też trudno było mi założyć, bo półmaratonu typowo asfaltowego nigdy nie biegłem. Z pomocą przyszedł mi mój trener, który stwierdził bardzo prosto: zacznij wolniej i rób BNP (bieg z narastającą prędkością), czyli zwiększaj tempo byś podczas biegu się rozwijał, a nie walczył o przetrwanie. Tak postanowiłem. Strategię przyjąłem więc na początkowe tempo 4:05-4:10 min/km, a potem się zobaczy.

Ukoronowanie treningów

Myśli uspokojone, cel założony, strategia przyjęta. Pozostało tylko pobiec. Zawody miały być ukoronowaniem moich zimowych i wczesno wiosennych treningów pt. „wychodzenia z górskiego zastoju i tuptania, czas nabrać prędkości”. Moje treningi pod całkowitym monitoringiem Trenera obfitowały w BNP, rytmy, interwały, skipy, wieloskoki. Prędkość rosła, czas było to wykorzystać na zawodach.

Rozgrzewka

Rano dojechałem samochodem po centrum handlowe, gdzie zaparkowałem przy ulicy. Przebrałem się w ciuch treningowy i dla orzeźwienia i rozgrzania mięśni nabiegałem z rytmami około 3 km, gdzie soczyście się spociłem wśród innych biegaczy robiących podobną sprawę. U mnie to nie jest oznaka zmęczenia, a dobrego rozgrzania się. Kiedy pot oblewa mi twarz i zaczyna moczyć koszulkę – wiem, ze zrobiłem wstępną, dobrą robotę. Szybka toaleta w centrum handlowym i ustawiłem się na linii startu wśród biegaczy, którzy chcieli pobiec szybciej niż 1:30 h. Sugerowały to oznaczenia przybite do barierek. Pomagało to określić się zawodnikom na jakim etapie przygotowań są i by nie blokowali szybszych lub wolniejszych. Bardzo dobre rozwiązanie.

Bieg

Całość składała się z dwóch 10-kilometrowych pętli, które krążyły po centrum i głównych arteriach stolicy Podkarpacia. Początek poszedł bardzo lekko i z uśmiechem. Tempo zamiast ustalonego powyżej oczywiście było szybsze, ale starałem się trzymać około 4 min/km, później ewentualnie przyśpieszać. Powodem szybszego tempa był tłum, który porwał mnie ze sobą a emocje i „nabuzowanie” wzięły górę. Po kilku minutach dogoniłem Roberta, mojego dobrego kolegę. Przybiliśmy sobie piąteczkę i każdy już dalej biegł w swoim tempie. Byle nie gadać, oddychać, oddychać, oddychać i tracić jak najmniej sił na poboczne rzeczy. Rozmowy niewątpliwie wysysały masę energii i burzyły rytm. Tak utrzymywałem constans i połykałem kolejne kilometry. Napiłem się wody na rynku, gdzie większość rozlałem po sobie. Podobny proceder nastąpił na końcu ulicy Hetmańskiej, gdzie już odrobinę zmęczony rozlałem po sobie kilka kubków wody, której to tylko niewielka ilość dotknęła moich ust. Poleciałem dalej wzdłuż Wisłoka do ulicy Lwowskiej. Tam przez most i z powrotem wzdłuż Wisłoka drugą stroną do Mostu Zamkowego. Stąd już tylko 500 m do centrum handlowego Millenium Hall i pierwsza dyszka zamykała się całkiem optymistycznie.

Druga pętla

Pod koniec tego pierwszego etapu spotkałem się z jednym z biegaczy, który też leciał po raz pierwszy półmaraton. Mówił, że podczepi się do mnie i pobiegnie za mną. Ja natomiast nie wiedziałem, czy wytrzymam i czy czasem to ja finalnie nie będę leciał za nim. Pobiegłem przed siebie, on za mną. Nie oglądałem się, to nie miało znaczenia. Miejsce było sprawą drugorzędną, najważniejsze było wykręcenie dla mnie założonego czasu i utrzymanie tempa. Na wyjściu na drugą pętlę już wiedziałem, że przyspieszać to nie będzie z czego. Mistrzostwem zostało utrzymanie tego co łoiłem od samego początku. Kolega gdzieś mi znikł i został z tyłu, a ja sam znowu pognałem przed siebie.

Głowa

Około 15 km na wlocie do bulwarów poczułem jak kwas mlekowy rozlewa mi się do ud i powoli betonuje nogi. Z każdym krokiem stawałem się co raz cięższy. Dziwna sprawa. Tak jakby nogi zostały oderwane od głowy. Głowa biegnie, świeżutka, ciało też, a nogi jak kłody chcą stać w miejscu. Nastąpiła więc klasyczna batalia, gdzie rozwiązanie było tylko jedno – to głowa miała brać górę. Tak też się działo. Wzdłuż Wisłoka leciałem na dużym zmęczeniu i co raz cięższym oddechu, nogi chciały dość, głowa jednak ciągnęła dalej i ani myślała popuścić ciału. Na nawrotce na moście Lwowskim myślałem, że nie wyrobię na zakręcie. Popatrzyłem na zegarek a tam właśnie wskoczyło 16 km. „5 km do końca? Toż to ku*** pestka” przemknęło mi przez głowę. Wyłączyłem dalsze, zbędne myślenie i napierałem podglądając zegarek. Ta decyzja była całkowicie zła, gdyż widziałem jak tempo spada i sięga powyżej 4 min/km. Średnia kręcona na poziomie 4:10 min/km była wysoce niezadowalająca i mocno siadała na morale. Ta sytuacja mnie dobijała. Postanowiłem, że na zegarek już nie popatrzę, tylko będę robił swoje, czyli po prostu biegł ile fabryka dała. Ile dała, tyle poleciałem. Dotarłem do Mostu Zamkowego, ostro zawinąłem na ostatnią prostą i wleciałem na pełnej, ostatecznej mocy na dziedziniec centrum handlowego.

Meta

Przekroczyłem linię mety i oplułem się niemiłosiernie, nie mogłem bowiem złapać tchu, a kulturę zostawiłem daleko gdzieś. Szukałem powietrza i oddechu. Na ostatnich metrach oczy łapczywie szukały Basi, Jasia i Mamy, którzy obiecali, że dotrą na finisz. Tak też się stało, zobaczyłem ich wśród tłumów, machających. To tak jakby drugie życie Ci dali, radość nie do opisania. Na mecie jeden z Radnych (nawet nie pamiętam kto, nie widziałem na oczy) założył mi medal i zapytał się skąd jestem. Ja mu na to, że z Krasnego, pogratulował i poszedł do innego zawodnika. Oparłem ręce o kolana i ciężko oddychałem. Nagle ktoś przemawia do mnie, podchodzi znajomy z TVP Rzeszów z kamerzystą i pyta się, czy coś bym mógł powiedzieć. Ja mu na to, że oczywiście, jedziemy z tematem. Było o górach, było o przełożeniu górskich wyzwań i ultra imprez na te asfaltowe i co ja tu w ogóle robię. Przyznam się szczerze, że podczas tego wywiadu najbardziej skupiałem się na złapaniu oddechu, by jakoś zbudować zdanie i kulturalnym głosem wydobyć z siebie dźwięki. Że oddechu złapać nie mogłem, mówić też nie to rozmowa była dla mnie ogromnym wyzwaniem, kto wie, czy nie największym. Po tej krótkiej, ale bardzo przyjemnej rozmowie dotarłem do rodziny, owinąłem się folią NRC i poszliśmy z rodzinką na posiłek regeneracyjny. O wyniku zapomniałem, dopiero SMS z wiadomością o uzyskanym czasie uświadomił mi, że życióweczkę wciągnąłem! 😊

Dystans: półmaraton
Czas: 1:24:40
Data: 7.04.2019

Na posiłku regeneracyjnym

Jasiek wniebowzięty

Tatko też szczęśliwy, ledwie dycha… Nie! To półmaraton 😛

Młody Kibic!

Babusia ze Stasiem

Niebieskie Wyzwanie, Korona, Diadem – zrobiły robotę 😛

0 komentarz

Mogą cię także zainteresować

Napisz co myślisz